Okraść ZUS na 15 milionów
Czy to możliwe, że człowiek, który dokonał przekrętu na którym Zakład Ubezpieczeń Społecznych stracił 15 milionów złotych, nie oddał pieniędzy i dostał wyrok w zawieszeniu? W Łodzi jak najbardziej...
Afera Infolexu to jedna z najgłośniejszych afer końca lat 90. Pod pretekstem zakupu biurowca w Łodzi Bolesław P., dyrektor tamtejszego oddziału z zaprzyjaźnionym przedsiębiorcą Jerzym W. wyprowadzili 15 milionów złotych w gotówce (patrz: *). Sprawa szybko się wydała, obaj panowie trafili do aresztu, a akt oskarżenia wpłynął do sądu w 200O roku.
Proces przed sądem rejonowym dla Łodzi Śródmieścia trwał do lipca zeszłego roku. Bolesław P. dostał trzy lata więzienia, ale sąd zaliczył mu w poczet kary półtoraroczny areszt, więc były urzędnik raczej nie trafi do więzienia. Na pewno do więzienia nie trafi Jerzy W., ponieważ sąd skazał go na dwa lata w zawieszeniu na pięć lat.
Z naszego dziennikarskiego śledztwa wynika, że żona aferzysty zatrudniła na dobrze płatnym stanowisku męża Alicji P., prezes sądu, przed którym toczył się proces. Aż do czasu zainteresowania się tematem przez dziennikarzy sprawa była trzymana w tajemnicy.
Aferzysta na wolności
Wyrok w procesie, który w lipcu zeszłego roku skończył się przed łódzkim sądem był zaskakujący dla wielu osób zaangażowanych w sprawę. Jerzy W., który był mózgiem afery dostał dwa lata w zawieszeniu na pięć. Ten werdykt oznacza, że jest wolnym człowiekiem.
Zdaniem prokuratury sąd pominął także niezwykle ważną okoliczność. Z jednej strony w procesie dowiódł, że Jerzy W. i Bolesław P. nie tylko wyprowadzili z ZUS-u pieniądze, ale także dopuścili się oszustwa. Ale skazał ich jedynie za niegospodarność. — Uważamy, że kara jest rażąco niewspółmierna do winy — mówi Rafał Sławnikowski z łódzkiej Prokuratury Okręgowej. — Złożymy w tej sprawie apelację i będziemy domagać się kary bezwzględnego więzienia dla Jerzego W.
Sąd doszukał się za to wielu pozytywnych cech w osobie Jerzego W. Na przykład, że prowadzona przez W. działalność na rynku nieruchomości była efektywna, „jest on za swoje umiejętności osobą cenioną w środowisku branżowym”. Dlatego, zdaniem sądu, przestępstwo miało charakter incydentu. — „Nie bez znaczenia przy rozważaniu wymiaru kary ma również ocena zachowania się oskarżonego Jerzego W. po popełnieniu przestępstwa, a zwłaszcza staranie o naprawienie szkody to jest oddanie nieruchomości ZUS-owi wyremontowanej lub zwrócenie ZUS-owi pieniędzy. Już na etapie postępowania karnego (…) wyraził wolę naprawienia tej szkody” — czytamy w uzasadnieniu.
Gdzie są pieniądze z przekrętu
To ostatnie twierdzenie szczególnie zdumiało Pawła Jannasza, radcę prawnego, który od wielu lat reprezentuje ZUS-u. Jannasz mówi, W. nie tylko nie chciał współpracować z Zakładem, ale wręcz przeszkadzał w odzyskaniu wyprowadzonego majątku. Właśnie dlatego znacznej części pieniędzy wyprowadzonych z ZUS-u do dziś nie udało się odzyskać. Chodzi o kwotę kilkunastu milionów złotych, m.in. narosłych wielomilionowych odsetek.
— Na sali sądowej dowiedziałem się, że Jerzy W. wypłacał w gotówce i wywoził z banku w walizkach pieniądze przelane przez ZUS. Nigdy nie udało się ich odnaleźć — mówi Paweł Jannasz, radca prawny ZUS, który reprezentował Zakład.
Żeby odzyskać pieniądze, równolegle z procesem karnym, z powództwa ZUS-u toczył się proces cywilny. Przestępcza transakcja została szybko unieważniona, Zakład wygrał też proces cywilny. — Pan W. robił wszystko żeby nie oddać pieniędzy, komornik używał podstępów, żeby w ogóle dowiedzieć się jaki ma numer rachunku bankowego — opowiada Jannasz. Mimo tych forteli egzekucja zakończyła się stwierdzeniem, że Jerzy W. nie ma majątku, z którego można by ściągnąć pieniądze na rzecz ZUS-u. — Straciliśmy nadzieję, na odzyskanie wszystkich pieniędzy — przyznaje Jannasz.
W poszukiwanie pieniędzy włączyła się łódzka Prokuratura Okręgowa, która od prawie roku prowadzi tajne postępowanie dotyczące podejrzenia prania brudnych pieniędzy przez Jezrego W. Rafał Sławnikowski, naczelnik wydziału śledczego mówi, że w zainteresowaniu prokuratury są operacje finansowe które Jerzy W. prowadził z osobami ze swojego bliskiego otoczenia. — Ale nic więcej nie powiem dla dobre postępowania — mówi.
Kilkaset tysięcy rocznie
Przyglądając się sprawie Jerzego W. nie sposób nie zauważyć, że chociaż on sam nie prowadzi już żadnej aktywności, jego żona Elżbieta jest prezesem łódzkiej firmy Saltex. Szyje ona odzież, a wyroby eksportuje do Niemiec. Przeglądając dokumenty spółki w Krajowym Rejestrze Sądowym naszą uwagę zwrócił fakt, że po 2000 roku spółka złapała wiatr w żagle. Elżbieta W. spłaciła wspólnika i przejęła trzy inne zakłady tekstylne w Polsce.
Skąd spółka wzięła pieniądze na tak intensywny rozwój? — Z działalności i z kredytów — mówi Elżbieta W. Stanowczo zaprzecza, aby jakiekolwiek pieniądze z afery w ZUS zasiliły prowadzony przez nią biznes. Zapewnia, że nie miała nic wspólnego z interesami męża. Dopiero, kiedy mówimy jej, że prokuratura znalazła faktury za usługi, które świadczył Infolex na rzecz jej spółki, przyznaje, że obie firmy coś wspólnego jednak mogły mieć.
W dokumentach znaleźliśmy jeszcze jeden ciekawy fakt. Jej wiceprezesem jest Wojciech P., mąż prezes łódzkiego sądu, który wydał kontrowresyjny wyrok w sprawie Jerzego W.
Wojciech P. pracuje w Salteksie od końca 2001 roku. Trafił tam niedługo po tym, jak przed sądem ruszył proces przeciwko Jerzemu W. — Wcześniej miałem firmę, ale mi się nie powiodło. A Elżbieta W. rozstała się ze wspólnikiem, potrzebowała kogoś, kto pomoże w kierowaniu firmą — twierdzi Wojciech P.
Od 2002 roku mąż sędzi jest wiceprezesem zarządu spółki. Ile zarabia? Dokładna wysokość jego zarobków jest utrzymywana w tajemnicy. Według dostępnego w Krajowym Rejestrze Sądowym sprawozdania członkowie zarządu zarobili ok. miliona złotych. — To były premie za wyniki — twierdzi Elżbieta W. Z naszych wyliczeń wynika, że mąż pani sędzi mógł zarabiać kilkaset tysięcy złotych rocznie. Do tego dobry służbowy samochód do prywatnego użytku.
Pani sędzia nie widzi problemu
Alicja P., jako prezes sądu Łódź Śródmieście, nie chce wypowiadać się na temat wyroku. — Nie będę się wypowiadać, nawet nie znam uzasadnienia — mówi.
Czy sprawa zatrudnienia jej męża nie ma wpływu na sprawę? Pani prezes zapewnia, że nie miałą nic wspólnego z procesem. — W mojej ocenie nie mam sobie niczego do zarzucenia — mówi. Ale w odpowiedzi na nasze pytanie przyznaje, że nie złożyła formalnego wniosku o wyłączenie sądu z procesu.
Nie ma wątpliwości, że sędzia P. jest postacią wpływową w Łódzkim wymiarze sprawiedliwości. Prócz kierowania sądem rejonowym, jest członkiem Kolegium Sądu Okręgowego, czyli ciała, które ma wpływ na nominacje sędziowskie w całym okręgu. Tymczasem sprawa zatrudnienia jej męża przynajmniej na kilka miesięcy przed wydaniem wyroku stałą się tajemnicą poliszynela w gmachu sądu przy ul. Kilińskiego. Przypadkiem dowiedział się o niej Piotr Wzorek, przewodniczący wydziału karnego, w którym toczył się proces.
— Gdyby ta sprawa wyszła na początku procesu, złożylibyśmy wniosek o wyłączenie sądu z tej sprawy — mówi. — Ale ja się o tym dowiedziałem przypadkiem, tuż przed zakończeniem trwającego siedem lat procesu. To niby co można było zrobić?
*O aferze Infolexu
Cofnijmy się do 1999 roku. Polską rządzi rząd AWS z Jerzym Buzkiem na czele. Trwają wielkie reformy, w tym reforma systemu ubezpieczeń. W Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych trwają prace nad wdrożeniem nowego systemu informatycznego. Wiadomo, że Zakład czeka rewolucja. Tymczasem lokalne oddziały borykają się często z problemami lokalowi. Taka sytuacja panowała m.in w Łodzi. Tamtejszy oddział nie miał siedziby, ani widoków na budowę nowej w szybkim czasie.
Nie wiadomo, kto przedstawił prezesowi zakładu, Stanisławowi Alotowi, byłego wiceprezydenta, Bolesława P. Były samorządowiec przekonał do siebie Alota, obiecując, że w krótkim czasie doprowadzi sprawę nowej siedziby łódzkiego ZUS-u do końca.
Tak zaczęła się historia jednego z najbardziej bezczelnych przekrętów ostatnich lat. Nowy szef łódzkiego ZUS dogadał się ze swoim znajomym, Jerzym W. Ten kupił za 10 milionów złotych stary biurowiec Próchnika w centrum Łodzi, a Bolesław P. odkupił go kilka tygodni później za 25 milionów. Sprawa wyszła na jaw kilka miesięcy później. Łódzka prokuratura, która wszczęła śledztwo w tej sprawie, szybko ustaliła, że do transakcji doszło w następstwie przestępczej zmowy Jerzego W. i Bolesława P. — Obaj świetnie się znali, krótko przed podjęciem pracy w ZUS P. pracował dla Jerzego W. Był jego doradcą — mówi jedna z osób, które były zaangażowane w sprawę.
autor: Bertold Kittel, Jarosław Jabrzyk